Witold Bereś Krzysztof Burnetko

Artysta znaczy obywatel

 

Przeciwko Systemowi

 Władze PRL uznały Andrzeja Wajdę za wroga systemu w pierwszym rzędzie dlatego, że kręcił obnażające komunistyczny system filmy

Kiedy w 1977 r. Daniel Olbrychski próbował namówić Wajdę do sygnowania jednego z listów protestacyjnych antykomunistycznej opozycji, reżyser odmówił. Tłumaczył, iż swoimi filmami więcej zaszkodzi reżimowi niż podpisaniem kolejnego manifestu. Aktor nie był przekonany. Ale Wajda miał rację: powstały w tym okresie Człowiek z marmuru wywołał wielkie wrażenie. I to nie tylko na widzach. Nie przez przypadek to właśnie po jego emisji tajna policja polityczna zaczęła traktować reżysera jako zagrożenie i politycznego przeciwnika. Reżyserowi zostaje założona tzw. sprawa operacyjnego rozpoznania, zbierane są donosy od tajnych współpracowników.

Służba Bezpieczeństwa próbuje też zamontować mu w domu podsłuch. Inwigilacja nasila się w miarę coraz bliższego wiązania się Wajdy z opozycją – zwłaszcza po powstaniu „Solidarności”. Wtedy zresztą – w związku z wizytą delegacji polskich filmowców w Moskwie w styczniu 1981 r. – słynnym polskim twórcą zaczyna interesować się także sowieckie KGB, a zalecenia w jego sprawie sporządza sam szef Jurij Andropow.

Wprowadzenie w grudniu 1981 r. stanu wojennego oczywiście wzmaga szykany. Zdarzają się choćby przeszukania bagażu Wajdów podczas ich wyjazdów zagranicznych (bywa, że przy pomocy funkcjonariuszy niemieckiej STASI). SB szuka wszystkiego, co mogłoby skompromitować Wajdę: w sferze artystycznej, obyczajowej, a nawet... fiskalnej. Inspiruje, na przykład, negatywne recenzje jego filmów i nasyła nań Urząd Skarbowy.

*

W sumie w okresie PRL tajna policja sporządziła na temat reżysera ponad tysiąc sto stron rozmaitych materiałów (donosów, stenogramów z prywatnych i publicznych spotkań, raportów, zaleceń itd.). Z jej rejestrów został wykreślony dopiero 24 lipca 1989 r., kiedy od dwóch tygodni był już formalnie senatorem RP, wybranym w pierwszych od wojny wolnych wyborach.

Fascynacja Orientem – Muzeum Manggha


Miejsce, które zmieniło miasto, zaczęło się od zobaczenia przez Wajdę wystawy sztuki japońskiej w okupowanym przez hitlerowców Krakowie. A potem był jego wielki, obywatelski gest…

Najpierw japońską kulturę docenił Feliks Jasieński „Manggha” – podróżnik i kolekcjoner z przełomu XIX i XX wieku, a większość jego kolekcji stanowiła sztuka japońska. Jasieński przekazał ją Krakowowi w 1920 roku, ale po jego śmierci zbiory zostały zapomniane. 

O kolekcji przypomniał sobie okupant i z racji hitlerowsko-japońskiej przyjaźni zorganizował jej prezentację w Sukiennicach. 18-letni wówczas Wajda ukrywał się przed gestapo, miał lewe papiery i starał się nie kusić losu chodzeniem po mieście. Ale na wystawę do Sukiennic poszedł wiedziony ciekawością sztuki. Po latach powie o tym: Tyle jasności, światła, ładu i poczucia harmonii nie widziałem nigdy przedtem.

Kiedy Wajda był już szalenie cenionym artystą w Japonii, w 1987 roku otrzymał nagrodę Kyoto Prize nazywaną „japońskim Noblem” – wyróżnienie wiązało się nie tylko z zaszczytem (nagrodę tę przyznano też np. Akirze Kurosawie), ale i otrzymaniem blisko pół miliona dolarów. 

Gdy odbierał nagrodę, opowiedział o olśnieniu sztuką japońską podczas pamiętnej wystawy. I zapowiedział, że nagrodę przeznaczy na budowę w Krakowie miejsca pod tę kolekcję.

Oczywiście nawet taka suma nie wystarczyłaby na budowę, więc zaczęła się niecodzienna zbiórka.

Najpierw zgłosił się sławny architekt Arata Izosaki i… obiecał dać w prezencie projekt. Po tej deklaracji wszystko ruszyło! Powołano Fundację Kyoto-Kraków, a Muzeum Narodowe zorganizowało wystawę kolekcji, która była pokazywana w Japonii. Dzięki temu Japończycy na własne oczy mogli zobaczyć dzieła, dla których planowane jest muzeum. W tamtejszych mediach nawoływano do datku na jego budowę – w ten sposób zebrano milion dolarów. Dwa i pół miliona przekazał rząd Japonii. Z pomocą przyszedł… nawet Związek Kolejarzy. 

Isozaki osobiście wybrał miejsce pod budowę muzeum: na Dębnikach przy ruchliwej ulicy Konopnickiej. Dębniki były wówczas mało atrakcyjną dzielnicą, pozbawioną jakiegokolwiek kulturalnego centrum. Ale Isozaki zauważył, że takiej możliwości budowania nad rzeką w centrum miasta nie ma już żadna metropolia na świecie.

Na uroczystość otwarcia muzeum dzień wybrała Krystyna Zachwatowicz – był to 30 listopada, Andrzejki 1994 roku…

*

Dziś, to pierwsze w powojennej Polsce muzeum, którego budowa została w pełni sfinansowana z prywatnych pieniędzy, jest największym skarbem kultury japońskiej w środkowej Europie. Kryje w sobie ponad 10 tysięcy eksponatów sztuki i rzemiosła japońskiego. Oprócz wystaw stałych corocznie organizowane są ekspozycje, które przybliżają gościom niezwykłość dorobku Kraju Kwitnącej Wiśni. To także miejsce, w którym można nauczyć się języka japońskiego, wziąć udział w prelekcjach o Japonii i w warsztatach parzenia herbaty, a nawet pokazać dziecku świat sztuki orgiami. Jest i szkoła języka japońskiego, a także Galeria Europa-Daleki Wschód, poszerzająca naszą wiedzę o Oriencie.

A najciekawsze jest, że od Mangghi zaczęła się zmiana wizerunku krakowskich nadbrzeży wiślanych – dziś to uroczy i prestiżowy ciąg architektoniczny…

Z „Solidarnością" i Wałęsą


Z „Solidarnością” Andrzej Wajda był od początku. A z Lechem Wałęsą – do końca swego życia.

W sierpniu 1980 roku pojechał z ekipą filmowa do strajkującej Stoczni Gdańskiej. Tam pierwszy raz spotkał Lecha Wałęsę. Więcej, jeden z robotników zainspirował go do nakręcenia Człowieka z żelaza, który to film staje się wielkim hołdem dla ruchu „Solidarności”.

Zaraz potem Wajda wszedł do Komitetu Budowy Pomnika Poległych w grudniu 1980 r. – i reżyserował odsłonięcie monumentu. A jako prezes Stowarzyszenia Filmowców zaczął negocjować z władzami nowe zasady funkcjonowania kinematografii w Polsce – zwłaszcza kwestie samodzielności podczas produkcji filmów i ograniczenia cenzury.

Już 13 grudnia 1981 razem z grupą kilku największych autorytetów interweniował u władz w obronie internowanych i uwięzionych podczas wprowadzania stanu wojennego. W 1987 r. Lech Wałęsa zaprosił go do udziału w spotkaniach Komitetu Obywatelskiego – ciała, które będzie głównym reprezentantem „solidarnościowej” opozycji u schyłku PRL. Wajda bierze też udział w przygotowaniu przewodniczącego „Solidarności” do pierwszego po latach wystąpienia w TVP w ramach dyskusji z szefem reżimowych związków zawodowych Konstantym Miodowiczem. Program – m.in. dzięki radom Wajdy – okazuje się wielkim triumfem Wałęsy.

Na samym progu kampanii przed przełomowymi, bo wolnymi wreszcie, wyborami czerwca 1989 r. Wajda wpada na genialny pomysł, by nieznani przecież szerzej kandydaci opozycji przedstawiali się za pomocą zdjęć w towarzystwie Wałęsy. Sam też startuje do senatu z „solidarnościowej” listy.

I choć potem należy do krytyków sposobu sprawowania przez Lecha Wałęsę urzędu prezydenta, to kiedy ten staje się obiektem nagonki lustracyjnej, bez wahania staje w jego obronie. Symbolem staje się Człowiek z nadziei – filmowa opowieść o prostym robotniku, który przechytrzył nie tylko agentów policji politycznej, ale także – stojąc na czele wielkiego ruchu „Solidarności” – zwyciężył totalitarny system.

Budowanie Niepodległej


Warunkiem powstania w 1989 roku. niepodległej Polski były wolne media, które przekonałyby rodaków do zmian oraz ludzie, którzy w parlamencie reformy by forsowali. Wajda pomógł w obu przypadkach.
 

Kiedy rewolucja nabierała tempa, antykomunistyczna opozycja potrzebowała oręża w postaci gazety o masowym zasięgu, agitującej za ideami i kandydatami „Solidarności” w wyborach czerwca 1989 r. Władza długo się opierała. W końcu jednak zgodziła się na niezależny dziennik. Na wydawanie legalnego pisma trzeba było jednak znaleźć formułę prawną. Pomysłem okazała się prywatna spółka, która powstała w... domu Wajdów na Żoliborzu. Jak wspomina Krystyna Zachwatowicz:

To u nas Zbyszek Bujak, jako legenda podziemnej »Solidarności«, Aleksander Paszyński, jako człowiek znający się na gospodarce i Andrzej podpisali umowę, zakładająca Agorę, a w efekcie Gazetę Wyborczą. Na naszym stole. Nikogo prócz nich przy tym nie było – tylko ja, jako gospodyni. Chodziło o to, by tę spółkę zawiązali ludzie zaufani, ale i tacy, którzy nie będą w piśmie pracować. A wiadomo było, że Andrzej nie zna się na dziennikarstwie.

Założyciele 10 kwietnia 1989 r. zarejestrowali spółkę Agora w sądzie. Niespełna miesiąc później ukazał się pierwszy numer „Gazety Wyborczej”. Pismo rozeszło się błyskawicznie, odbijano je na ksero, zaczytane egzemplarze podawano dalej. Składało się nań ledwie osiem kolumn, na których prezentowano kandydatów do parlamentu z ramienia Komitetu Obywatelskiego. Jednym z nich był Andrzej Wajda, który startował do senatu w rodzinnej Suwalszczyźnie.

Jako senator RP Wajda zajął się zwłaszcza, co naturalne, wspieraniem rodzimej produkcji filmowej w nowej, rynkowej, rzeczywistości. Zakładał nie tylko dofinansowywanie kinematografii ze środków publicznych, lecz także ustalenie zasad prywatnego mecenatu nad kulturą. Teczki z napisem „Senat” w jego archiwach zawierają również rozmaite koncepcje telewizji publicznej. Ale też notatki tyczące ochrony prawa własności… twórców programów komputerowych. Senator Wajda nie zaniedbywał także swojego okręgu. Regularnie jeździł w Suwalskie i promował lokalne pomysły – chociażby Konnej Policji Ekologicznej. A parlamentarne diety przekazywał jednej z miejscowych szkół. Jego „Notesy” dowodzą, jak uważnie traktował zasłyszane w terenie głosy krytyczne.

Pierwsza kadencja Senatu wolnej Polski zakończyła się – na mocy decyzji o rozwiązaniu parlamentu – w listopadzie 1991 roku. W następnych wyborach Andrzej Wajda już nie startował. Wrócił do filmu.


Przestrzeń – realizacje


 Pawilon Wyspiańskiego i Pawilon Czapskiego to budynki, które od razu wpisały się w przestrzeń Krakowa.

 

Stanisław Wyspiański, prócz projektów teatralnych, tworzył też monumentalne witraże. Trzy z nich, zaprojektowane dla katedry wawelskiej i przedstawiające św. Stanisława, Kazimierza Wielkiego i Henryka Pobożnego, nigdy nie zostały zrealizowane. Po stu latach Wajda, zafascynowany Wyspiańskim, zaproponował, aby wcielić w życie projekt dramaturga. Oprócz samych witraży trzeba było jednak znaleźć miejsce na ich ekspozycję – tak powstała idea Pawilonu Wyspiańskiego.

Miasto przeznaczyło wąską działkę tuż przy magistracie, a architekt Krzysztof Ingarden we współpracy z Wajdą zaprojektował budynek zaskakujący nowoczesnością, ale wpisujący się w starą architekturę. Podzielony na dwie części pawilon kryje przestrzeń biurową, ekspozycja znajduje się zaś za ceramicznymi żaluzjami. W zależności od pory dnia i gry świateł na fasadzie, budynek zmienia swe oblicze. W środku są dwie kondygnacje, gdzie jest przestrzeń ekspozycyjna, biurowa i punkt informacji. No i tu znalazły miejsce trzy witraże z pietyzmem wykonane przez Piotra Ostrowskiego w Krakowskim Zakładzie Witrażów S.G. Żeleński według kartonów Wyspiańskiego…

To doskonałe uzupełnienie okolicy, w której stoi kościół Franciszkanów, gdzie tłumy codziennie podziwiają inne witraże Wyspiańskiego.

*

Józef Czapski to jeden z najwybitniejszych malarzy wieku XX, eseista i pisarz. Walczył we wrześniu 1939, gdy został wzięty do niewoli przez Sowietów. Większość jego kolegów z obozu w Starobielsku została zamordowana później w Katyniu, ale on sam doczekał Armii Andersa w ZSSR i razem z nią przeszedł szlakiem 2. Korpusu przez Bliski Wschód do Włoch. Po wojnie współtworzył paryską „Kulturę”, gdzie mieszkał aż do śmierci. Jego nazwisko było w PRL na indeksie, choć jego obrazy były na wystawach całego świata.

Malarz zgromadził blisko trzysta zeszytów Dzienników, ponad tysiąc czterysta książek i obszerny zbiór korespondencji. W 1985 roku napisał do swych przyjaciół Andrzeja Wajdy i Krystyny Zachwatowicz list, który uznali za rodzaj wskazówki dla swoich powinności: „Nie chciałbym przecież, żeby ten [mój] dziennik, który ma dzisiaj prawie dwieście grubych kajetów, został po mojej śmierci wyrzucony do śmieci, chciałbym, żeby go w jakiejś skrzyni zachować i gdzieś w jakiejś bibliotece zostawić”.

Nic dziwnego, że Krystyna Zachwatowicz zaraz po jego śmierci napisała do Maisons-Laffitte z prośbą o zachowanie rzeczy po malarzu. Ale nie było pomysłu, co z tym zrobić.

Kluczowe było wybudowanie budynku. Naturalnym sąsiedztwem było Muzeum im. Emeryka Hutten-Czapskiego – mieści się w centrum miasta, przylega do niego niewielki ogród. Na jego tyłach stanął więc budynek, którego sercem jest odtworzony pokój Czapskiego z „Kultury”. Do jego rekonstrukcji użyto m.in. oryginalnych drzwi, szafkę, półki ścienne, a nawet gniazdka elektryczne i gniazdko telefoniczne. Tu znalazły się też Dzienniki i inne rękopisy Czapskiego, jego szkice i obrazy, część korespondencji i księgozbioru. Także paczki z używanymi przez malarza pędzlami, a nawet…kamień i zasuszona cytryna, które trzymał w pokoju.

Ekspozycja stała – której scenariusz opracował zespół Krystyny Zachwatowicz – przedstawia losy Czapskiego. Od dzieciństwa przez pierwsze próby malarskie i związki z grupą kapistów, przez wojnę i udział w kampanii wrześniowej, internowanie przez Sowietów, a potem zleconą przez gen. Andersa akcję poszukiwania oficerów zaginionych w ZSRR. A wreszcie: pobyt na emigracji – w tym współpracę z Jerzym Giedroyciem i „Kulturą” oraz własną twórczość.

*

Wszystkie przestrzenne koncepcje Wajdy, podobnie jak jego dzieła filmowe czy teatralne, czerpią ze dorobku kultury polskiej, tłumacząc tradycję na język współczesnej sztuki.

Przestrzeń – projekty


Łódź, czyli pomysł na park i Radom, czyli pomysł na Muzeum Sztuki Współczesnej – dwa ciekawe projekty łączące sztukę i przestrzeń, które niestety nie powstały.


W 1931 roku Katarzyna Kobro (dziś - najbardziej rozpoznawalna w świecie polska rzeźbiarka) i jej mąż Władysław Strzemiński ogłosili w Łodzi manifest Kompozycja przestrzeni. „Granice rzeźby możemy rozpatrywać zależnie od swego nastawienia – albo jako granicę kształtującą przestrzeń wewnętrzną, albo też jako granicę, która kształtuje przestrzeń zewnętrzną”. Sugerowali że rzeźby nie należy traktować wyłącznie jako osobnej bryły, lecz jako element kształtujący dookolną przestrzeń.

To dlatego Andrzej Wajda, miłośnik twórczości Kobro i przyjaciel Łodzi, zaproponował miastu, aby rzeźby Kobro powiększyć i postawić w parku między wielkimi, starymi drzewami… Bo przecież świat to kultura i natura w połączeniu. Nie mówiąc o tym, że ta artystka traktowała swoje rzeźby jako część przestrzeni, element architektury.

Ale choć pomysł zyskał wsparcie pani prezydent Łodzi, poległ na biurokracji. Nie chodziło o pieniądze. Tym bardziej, że Wajda gotów był znaleźć sponsorów. Wysuwano jednak zastrzeżenia natury prawnej (czy wolno powiększać rzeźby?), niejasny był też ich status – w części muzeum podlega Ministerstwu Kultury i Dziedzictwa Narodowego, a w części – Marszałkowi Województwa. I znowu zaczął się spór.

*

Radom to miasto dzieciństwa Andrzeja Wajdy – tu wychowywał się od 1934 roku, tu doszła do niego wieść o śmierci ojca w sowieckim miejscu kaźni w roku 1940, stąd wreszcie wyjechał w wielki świat, do Krakowa.

Gdy u progu wolnej Polski w Radomiu powstawało regionalne muzeum, które miało prezentować sztukę współczesną, Andrzej Wajda i Krystyna Zachwatowicz zaczęli systematycznie wspierać je dziełami z własnych zbiorów. Lista darów i depozytów jest imponująca. Obejmuje m.in. rysunek Jana Matejki, akwaforty Leona Chwistka, rysunki („na tekturkach od papierosów”) Nikifora, gwasze Stanisława Rodzińskiego, oleje Jerzego Skolimowskiego, akwarele Jana Sawki, rysunki Andrzeja Czeczota, Eryka Lipińskiego i Edwarda Lutczyna, drzeworyty Jerzego Panka, plakaty Piwnicy Pod Baranami.

W końcu radomska kolekcja mogła się szczycić około czterema i pół tysiącem płócien i rzeźb, z czego dwa i pół tysiąca stanowiły właśnie darowizny. Tym samym doszlusowała wielkością zbiorów do pierwszej dziesiątki muzeów o takim profilu w kraju. Kłopotem było jednak to, że muzeum nie dysponowało dostateczną powierzchnią wystawienniczą. W efekcie większość obiektów leżała w magazynach w radomskiej tzw. kamienicy Esterki.

W 2003 roku Wajda rzucił pomysł przeniesienia muzeum do nowej siedziby. W Radomiu jest bowiem znakomity do tych celów budynek, jeszcze z rosyjskich czasów, dawnej elektrowni. Była  już nieczynna, więc stał pusty. Idealne miejsce na muzeum sztuki polskiej.

Zdawało się, że ideę popierają zgodnie włodarze miasta i wszyscy lokalni politycy. Prezydent miasta przekazał nieruchomość urzędowi marszałkowskiemu, a w akcie zastrzeżono nawet datę, do której w gmachu byłej elektrowni powstanie Muzeum Polskiej Sztuki Współczesnej. Wspierać projekt miał też mazowiecki marszałek.

Jednak projekt ugrzązł.

*

Losy obu projektów to klasyczny przypadek oporu biurokracji, lokalnego środowiska muzealnego i sił politycznych, z których każda ciągnęła w swoim kierunku.

Ale może oba projekty kiedyś wrócą?


Pamięć polska

Ideą Andrzeja Wajdy było zachowanie narodowej pamięci. Dbał o nią nie tylko filmami, ale też zdumiewającymi czasem przedsięwzięciami wizualnymi.
 

Powód był prosty: jako reżyser wiedział, jak silne emocje może wywołać obraz, a zatem jaka jest moc przekazanych za jego pomocą treści.

Oczywiście swoje pomysły w tej mierze mógł próbować realizować dopiero w wolnej Polsce, ale – na przykład – plan stworzenia Panoramy Powstania Warszawskiego powstał już w 1988 r. Pierwowzorem była słynna Panorama Racławicka, lecz Wajda nie miał na myśli malowidła, lecz instalację przestrzenną, za pomocą której można byłoby przedstawić zarówno historię zrywu, jak jego tragizm. Kilka lat później znalazł nawet idealne miejsce na takie przedsięwzięcie: wielkie, pochodzące jeszcze z XIX w., cylindryczne zbiorniki na... gaz na stołecznej Woli. Z pomocą Allana Starskiego wyrysował detaliczne plany rozmieszczonej na różnych poziomach ekspozycji – z elementami scenografii włącznie. Od strony koncepcyjnej pomysłowi trudno było coś zarzucić, okazało się jednak, że ekipa ówczesnego prezydenta stolicy Lecha Kaczyńskiego postanowiła sama stworzyć Muzeum Powstania. Panoramę uznano za konkurencję – a bez wsparcia miasta nie miała szans.

Wajda zaangażował się w tym czasie w jeszcze kilka podobnych przedsięwzięć – chociażby plenerowy Pochód Królów Polskich na Wawel, którego kulminacją miało być ustawienie nad Wisłą gigantycznego kompleksu posągów rodzimych władców, zaprojektowanego jeszcze na początku XX w. przez cenionego wówczas rzeźbiarza Wacława Szymanowskiego. Ale choć pochód-widowisko udało się zrealizować, to pochodu-monumentu już nie.

Kulminacją zaś wizualnych pomysłów Wajdy była idea Morskiego Orła „Solidarności” – czyli stalowej, wysokiej na 30 m, konstrukcji w kształcie polskiego godła, która cyklicznie wynurzałaby się przy dźwiękach muzyki z wód Bałtyku przy nadbrzeżu Gdyni. Wajda tłumaczył, że obiekt taki mógłby stać się rozpoznawalny na całym świecie symbolem wolnej Polski – niczym amerykańska Statua Wolności. I w tę akcje zaangażował się Allan Starski (a także Marynarka Wojenna i miejscowa Stocznia), lecz i ona się nie powiodła – tym razem z prozaicznego powodu braku wystarczających pieniędzy. Rozmach pokazują jednak już szkice machinerii i całego obiektu.

Pamięć Żydów


Martyrologia Żydów, ale i ich obecność w polskiej kulturze, to dla Wajdy nie tylko tematy artystyczne na potrzeby filmu czy na deski teatru, ale obowiązek społeczny. I chęć uwrażliwienia odbiorcy jego sztuki na te właśnie tematy.
 

Sam reżyser zawsze podkreślał wyjątkowość Zagłady. „Temat Holocaustu pozostaje dla nas, polskich artystów, jak nadal otwarta rana” pisał we wstępie do katalogu swej włoskiej wystawy Dybuk dla Europy: polsko-żydowskie relacje w twórczości Andrzeja Wajdy, ukazującej obecność i kulturę Żydów w Polsce przez pryzmat jego właśnie spojrzenia. Nic też dziwnego, że reżyser otrzymał w 2011 roku Międzynarodową nagrodę imienia Prima Leviego dla tych, którzy działają na rzecz pamięci o Zagładzie.

Już jego pierwszy film, debiutanckie Pokolenie (1954), choć skażone propagandowymi serwitutami epoki komunizmu, jako pierwsze dzieło w ogóle w świecie pokazywało powstanie w getcie, ale i haniebną karuzelę z bawiącymi się Polakami pod murami płonącego getta. A także poruszającą, epicką scenę, gdy młodzi bohaterowie filmu ratują powstańców z warszawskiego getta przechodzących kanałami na aryjską stronę.

Jeszcze mocniejsze wątki gettowe znajdujemy w Samsonie (1961). Tu młody Żyd trafia do więzienia tuż przed wojną i wychodzi z niego we wrześniu 1939 roku. Najpierw pracuje w getcie, ale potem ląduje po aryjskiej stronie, gdzie konspiruje w tajnej drukarni, a wreszcie – tak, jak dowódcy powstania w getcie – wysadza się w powietrze, gdy Niemcy go osaczają.

Później długo cenzura nie pozwalała na opowieści o Zagładzie. Film na podstawie opowiadania „Wielki Tydzień” Andrzejewskiego  musiał czekać aż do roku 1995. Z kolei film o Korczaku w reżyserii Aleksandra Forda został utrącony na fali antysemickiej czystki w roku 1968. Obraz stojących już dekoracji rozbieranych na polecenie partii komunistycznej, zainspirował Wajdę do walki o ten film po upadku komunizmu. Doskonały scenariusz Agnieszki Holland i wspaniałą rola Wojciecha Pszoniaka wydawały się gwarantować sukces filmu w 1990 roku, ale wtedy niespodziewanie dziennik „Le Monde” zarzucił temu filmowi propagowanie antysemityzmu, co utrąciło międzynarodową dystrybucję obrazu. Po latach odnaleziono wskazówki w archiwach, że być może akcja przeciwko Wajdzie była inspirowana z Polski jeszcze przez jego wrogów w policji politycznej PRL.

Ale równie ważnym wątkiem żydowskim w jego twórczości jest spoglądanie na świat Żydów, ukradkiem, ale z sympatią. Trochę tak jak pisał Stanisław Vincenz w eseju „Spotkanie z chasydami”: „Patrzyłem długo do wnętrza dużej izby, w której modlili się Żydzi. Widok wciągnął mnie od razu w obcy świat. Jeszcze teraz wydaje mi się, jakbym wtedy zaglądał przez tajemnicze szpary poza ściany zwykłego, codziennego świata”.

Efektem takiego postrzegania polskiej barwności wielokulturowej, są filmy „Wesele”, „Ziemia Obiecana” i „Pan Tadeusz”, a także niezwykły spektakl teatralny „Dybuk”, transpozycja starej legendy żydowskiej z dramatem miłosnym między kochankami i duszą grzesznika, owym dybukiem, opanowującym ciało osoby żyjącej (1988, Stary Teatr, i w kilka miesięcy później – również Tel-Awiw, Narodowy Teatr Habima).

*

Głos Wajdy i Zachwatowicz w tym spektaklu, i w dziesiątkach innych opisujących świat Żydów, to głos, który chce się włączyć w ogólnonarodową dyskusję, wyprostować to, co zakłamane.

Uczniowie


Ponad sto filmów dokumentalnych i fabularnych, ponad trzysta etiud. A wszystko pokazywane na największych festiwalach filmowych: Berlinale, San Sebastian, Karlowe Wary, Hot-Docs, Lipsk. Tak wygląda dzieło warszawskiej Szkoły Wajdy.

 
Do tego najważniejsze nagrody jak choćby nominacje do Europejskiej Nagrody Filmowej. A Joanna (w reżyserii Anety Kopacz) stał się jednym z najczęściej nagradzanych polskich dokumentów ostatnich lat, otrzymując nominację do Oskara w kategorii „Najlepszy Dokument Krótkometrażowy”.  Z kolei Performer w reżyserii Macieja Sobieszczańskiego i Łukasza Rondudy został nagrodzony na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Berlinie.

Formuła działalności jest prosta: na studia przyjmowani są kandydaci mogący wylegitymować się ciekawym dorobkiem – niekoniecznie tylko filmowym. Nie ma żadnych wykładów – zamiast nich na grupowych spotkaniach z udziałem mistrzów omawia się pomysły przedstawiane przez słuchaczy. A najważniejsze: uczestnicy rocznego kursu (w przypadku dokumentalistów – ośmiomiesięcznego) powinni w jego trakcie zrealizować pod okiem wykładowców niskobudżetowy film. Rychło okazało się, że formuła się sprawdza. Najpierw festiwalowe sukcesy odnosi Cisza – cykl trzyminutowych etiud dokumentalnych, którym ojcował Marcel Łoziński. Potem laury zdobywa Ballada o kozie Bartosza Konopki i Kuracja Macieja Cuske.

A to wszystko zaczęło się od Lotnej. Bo to rozpamiętując własne błędy, Wajda postanowił pomóc kandydatom na filmowców ustrzec się od wpadek. W swoich notatnikach zanotował w 1990 roku:
Dziś wróciłem do Lotnej i przypomniałem scenę, kiedy Rotmistrz wzywa właścicielkę dworu: – Zobaczy pani ładną szarżę ułanów... I teraz ona zajeżdża powozem na wzgórze. Wysiada, odprowadzają konie, a ona przez lornetkę widzi szarżę na czołgi.

Przy czym nie wiemy, czy to rzeczywistość, czy marzenie i tu właśnie kryje się mój błąd pierworodny Lotnej.

Trzeba było: 1990 – 1958 = 32 lat, ażeby zrozumieć ten prosty fakt.Z czego wniosek, że powinienem zająć się studentami.

Dlatego myślę założyć w Warszawie »Polską Szkołę Filmową«, prywatną i niezależną”.

Konsultuje się z przyjaciółmi filmowcami. Wojciech Marczewski radzi: natura profesji i branży jest taka, że zamiast statecznej dwuletniej uczelni lepiej robić intensywne kursy jednoroczne. I koniecznie międzynarodowe, z udziałem studentów z innych krajów. Wajda kwituje tę rozmowę krótko: „Idziemy dalej. To słuszne!”.

W końcu w kwietniu 2002 roku, w pomieszczeniach stołecznej Wytwórni Filmów Dokumentalnych i Fabularnych przy ulicy Chełmskiej, rozpoczęły się zajęcia Mistrzowskiej Szkoły Reżyserii Filmowej Andrzeja Wajdy. Inicjatywę firmuje też Wojciech Marczewski oraz Barbara Pec-Ślesicka, mająca nadzorować produkcje słuchaczy. W pierwszej grupie wykładowców są też Edward Żebrowski i Marcel Łoziński. Z czasem swoją wiedzą dzielić się będą m.in. Jacques Akchoti, Agnieszka Holland, Joanna Kos-Krauze, Paweł Pawlikowski, Volker Schloendorff, Aleksander Sokurow, Jerzy Zieliński i Vita Żelakeviciute.

W tezach do mowy na otwarcie szkoły Wajda zapisał:

Nikomu  niczego i nikogo nie odbieramy. Wypełniamy lukę.


Pod prąd

Wajda wiedział, że powinnością twórcy i intelektualisty jest stawianie pytań – także, zdawałoby się, obrazoburczych. Oraz obalanie stereotypów – zwłaszcza najsilniej zakorzenionych.

Taki był po części już jego fabularny debiut – Pokolenie. Obok warstwy politycznej – czy ideologicznej, pokazuje zwykłe życie: a więc choćby młodzieńcze miłości i pasje. Chłopcy i dziewczęta, choć konspirują, nie są skrojeni na miarę bohaterów – są normalni. Tym właśnie Wajda burzył czysto martyrologiczną wizję okupacji, lansowaną przez władze PRL, ale chętnie podejmowaną przez całe społeczeństwo.

Zarówno oficjalne, jak narodowe mity Wajda podważał także w kolejnych filmach. W Popiele i diamencie sympatia widza jest po stronie Maćka Chełmickiego, którego władze uznałyby przecież za bandytę. Tyle że równocześnie losy tegoż Maćka są dowodem tragizmu, ale i bezsensu, zbrojnego oporu wobec komunistom. Kanał z kolei to przejmujące świadectwo tyleż bohaterstwa, co dramatu powstańców warszawskich (z perfidią Sowietów i bezlitosną polityką w tle). Także postponowaną często Lotną można interpretować jako obronę – wbrew oczekiwaniom propagandy PRL – starego, przedwojennego, świata: z jego staroświeckością, ale i honorem.

Podobnie mocną – i trafną – analizą, a w końcu obnażeniem polskich samoidealizacji stały się ekranizacje Popiołów i Wesela.

Lecz zwieńczeniem walki Wajdy z polskim stadnym popędem stał się Wałęsa. Człowiek z nadziei. Film ten powstał w szczytowym momencie nagonki na lidera „Solidarności”, w której użyte zostały i brudne, i fałszywe, chwyty. A spora część rodaków – zgodnie z zasadą polskiego kotła, nakazującą sprowadzanie co wybitniejszych do swojego poziomu – uległa tej propagandzie.

Wajda znowu odważył się przypomnieć realia PRL-u – a na ich tle wybory zwykłego robotnika musiały robić wrażenie.  

Co najważniejsze, mistrzostwo Wajdy polegało na tym, że nawet kiedy burzył narodowe mity, robił to tak, że nie tylko przekonywał, ale i uwodził widza. Tym skuteczniej działał na rzecz niezafałszowanej narodowej pamięci.